środa, 12 marca 2014

Boże, uratuj Nas!

"Życie jest wspaniałe jak diament, ale kruche jak szło okienne"


Pod koniec sierpnia jak co roku, pojechałam do Nysy na festiwal hip hopowy. 8mio godzinną drogę zniosłam nie marudząc- choć warunki mogłyby być jednak bardziej komfortowe. Na miejscu już czekała na mnie moja kuzynka. Szybki prysznic i wio na 'festyn'- jak to mówiliśmy :). Na koncert odwoził Nas Nasz kolega, mieliśmy jakieś 20 km drogi przed sobą. Lecz nie spodziewaliśmy się, że po 10 minutach odbędzie się tragedia która na zawsze utkwi w Naszej głowie.

Jadąc autem, na zakręcie wpadliśmy w poślizg - szczerze powiedziawszy, w tamtej chwili sądziłam że gdzieś skręcamy (ale po co w szczere pola?). Zorientowałam się że coś jest nie tak dopiero gdy w czasie obrotu auta, po mojej prawej stronie zobaczyłam drzewo, a z ust kierowcy wydobył się paniczny krzyk. Jedynie co zdążyłam zrobić, mocno zaciągnęłam pasy, złapałam się za głowę i skuliłam jak najbardziej było to możliwe. W drzewo uderzyliśmy z przeogromną siłą, od razu poczułam kujący ból uderzania ciałem w każdą stronę. W powietrzu latały strzępy płyt, kawałki rozwalonych głośników, po prostu wszystko co zostało zmiażdżone przez drzewo. Obróciło Nas i kolejny raz ( na szczęście ostatni) z ogromną mocą i hukiem wyrzuciło auto do rowu. Mówi się- że w czasie wypadków wszystko się dzieje jak w spowolnionym filmie i masz czas na przemyślenia. POTWIERDZAM TO! W momencie gdy auto leciało na drzewo, zamknęłam oczy i błagałam Boga aby Nam się nic nie stało. Pomyślałam o rodzicach i rodzeństwie, tylko ich miałam w głowie. Przeleciała mi myśl, ta najgorsza myśl. Że gdyby ten wypadek miał zakończyć się czarnym scenariuszem, moja rodzina, przyjaciele, znajomi oni nie pogodziliby się z tym. Czasem jestem upierdliwa, i naprawdę bardzo złośliwa dla moich bliskich, ale wiem że mnie kochają i poświęciliby wszystko aby nic mi się w życiu złego nie przydarzyło. Zaczełam w sercu przepraszać Mamę, Tatę, Brata i Siostrę za rzeczy które przeze mnie sprawiły im przykrość. - NAPRAWDĘ, DOKŁADNIE O TYM MYŚLAŁAM SIEDZĄC W AUCIE. Zaczełam krzyczeć... BUUUM!!!! I cisza...

Otworzyłam oczy, poczułam ogromny ból. Moje powieki były tak ciężkie, że nie mogłam złapać wyraźnych kolorów. Starałam się ruszyć, ale czułam drobne ukłucia- no tak moje całe ciało było pokryte drobinkami szkła. Siedziałam chwile nieruchomo i oczami wodziłam po całkowicie zmasakrowanym wnętrzu auta. Moje ubrania były we krwi, a z nosa nadal kapały kropelki. Rozglądam się w okół, wszyscy nieprzytomni... Zaczełam ciężko mówić: Chłopaki żyjecie? Nikt nie odpowiadał... Powtórzyłam się kilka razy, ale nikt nie reagował. Rozpłakałam się, i siedząc szeptałam do siebie: Boże nie chcę umierać... Byłam w takim szoku że sądziłam że zaraz ja odlecę. Nagle ktoś mną zaczą potrząsać: Julka! Halo żyjesz? Otworzyłam oczy i nagle wszystko wróciło. Popatrzyłam, a to był mój kolega Mateusz który obok mnie siedział: Uuuu stary kiepsko wyglądasz - tak, nic innego mądrzejszego nie mogłam powiedzieć... Brawo Julia...

Chłopaki zaczęli się powoli wybudzać (DZIĘKI CI BOŻE!) i ogólnie sprawdzaliśmy nawzajem swój stan zdrowia. Po czym... GDZIE JEST PAULINA(moja kuzynka)?! W aucie jechało Nas 5 osób, a byliśmy w 4. Zaczęliśmy kręcić się na boki, rozglądając się za nią. Odwróćiłam się i z tyłu dostrzegłam rozbitą szybę. Cała zbladłam...

Mogę z czystym sumieniem powiedzieć że to była najgorsza chwila w moim życiu. Ta niepewność czy, Twoja najukochańsza kuzynka, z która spędziłaś 18 lat, ta sama z którą kąpałaś się w jednej wannie, piłaś po kryjomu pierwszy alkohol, z którą przeżywałaś pierwszego chłopaka, czy po prostu Ona żyje... Oczy wypełniły mi się łzami, zęby zgrzytały a ze mnie wydobywał się wrzask, i histerycznie szarpałam za pas aby go jak najszybciej odpiąć. Gdy otworzyłam drzwi, wychyliłam się, na środku drogi ujrzałam nieprzytomną Paulinę, powykręcaną, całą z błota pomieszaną z krwią. Wychodząc uklękłam i nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Łzy same się lały, a moja szczęka dygotała z przerażenia. Czułam najgorsze emocje, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić.

AUAAAAAAA! - usłyszałam wrzask. Ale zaraz? To kobiecy głos. Uniosłam głowę, otarłam lustro łez z moich oczu i ujrzałam kręcące się na boki ciało Pauliny. To 'AŁA' było największą ulgą jaką kiedykolwiek doznałam. Podbiegłam ku niej, gdzie juz chłopaki układali ciało do bezpiecznej pozycji.

Kierowca zadzwonił na pogotowie i policję, chciałam również powiadomić Mamę Pauliny. Kuśtykając błądziłam wzrokiem wokół auta poszukując mojego telefonu, jednak na marne. Z drogi zaczęłam zbierać części rozbitej komórki mojej kuzynki. Gdy udało mi się go złożyć w całość, włączyłam wybrałam nr i dzwonię... Boże co ja mam jej powiedzieć? Była to najgorsza rozmowa w życiu jaką musiałam przeprowadzić.

Korek zrobił się kilkunastokilometrowy, życzliwi ludzie przychodzili do Nas z kocami, przejezdni turyści, albo mieszkańcy (już sama nie wiem) częstowali gorącą herbatą. A My czekaliśmy na pomoc. Paulina nadal leżała na drodze owinięta foliami, miała złamaną rękę, a co z resztą z jej ciała się podziało nie wiedzieliśmy, więc woleliśmy nie ruszać.

Po jakimś czasie odczekiwania nareszcie przyjechała pierwsza karetka która zabrała wszystkich oprócz mnie. Nie wiem czemu tak to się stało... Ze mna pozostał jeden z ratowników, w tym czasie pojawiła się Ciocia z Wujkiem i przerażeni dopytywali się o Paulinę. Również ujrzałam znajomych, widząc auto złapali się za głowę i zapytali: Wszyscy przeżyli?

Przyjechała druga karetka, zapakowali mnie w kokon i załadowali do samochodu. Jadąc nie opuszczał mnie humor, byłam szczęśliwa że przeżyliśmy. Rozmawiałam z ratownikiem, chwaliłam go że bardzo jest przystojny, dopytywałam się czy ma dziewczynę (Boże Julis po co Ty zadawałaś te pytania?!). Niestety nie było do końca tak kolorowo ze mną, jak mogło się wydawać. Zaczęłam tracić przytomność, nie mogłam utrzymać się na nogach, wymiotywałam. Zawiezli mnie na odział gdzie już słyszałam z korytarza wrzeszczącą z bólu Paulinę.

Rodzice chłopaków stanęli nade mną, i troskliwie dopytywali się o mój stan zdrowia. Rozmawiali ze mną, trzymali za rękę. Było to potrzebne, gdyż moi rodzice byli oddaleni ode mnie o 300 km, jeszcze zyjący w nieświadomości tego co się wydarzyło. Wielokrotnie Ciocia się pytała czy ma zadzwonić, jednak odpowiadałam: - Jutro Ciociu...  Wiedziałam że gdy dowiedzą się o tym w nocy, to będą w stanie przyjechać od razu. Wolałam jednak ich powiadomić na spokojnie, aby bezpiecznie zza dnia dotarli.

Po wielu badaniach i kilku godzin spędzonych w szpitalu, wypisano Nas, cali potłuczeni skierowaliśmy się do auta. Paulina miała operację więc pozostała w szpitalu. Jadąc na wózku inwalidzkim poprosiłam Wujka aby podjechał do jednego z panów ratowników którzy mnie odbierali z wypadku. Wstanełam przytuliłam się i podziękowałam

Zostaliśmy odwiezieni do domu Pauliny. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Analizowaliśmy cały wypadek. Pamiętam jak dziś, siedziałam wyskurczona, cała się telepałam na myśl o tym co się wydarzyło.
Poszłam spać...

Nad ranem na skype zadzwoniła moja przyjaciółka Ilona, juz o wszystkim wiedziała. Wzruszona mocno, rozmawiała ze mną i pocieszała. Na nią zawsze można liczyć. Nigdy nie zostawia mnie samej. Za to ją bardzo mocno kocham.

Po rozmowie, pojechałam do szpitala. Siedziałam tam kilka godzin wraz z Pauliną. Dużo rozmawiałyśmy, lecz ona sama tego wypadku nie pamięta. W pewnej chwili ujrzałam w drzwiach moich rodziców, mocno wzruszonych... Mama od razu rzuciła mi się na szyje z płaczem. Była roztrzęsiona ale szczęśliwa, Tata również. Nie mogli mnie puścić z objęć. Córcia jak dobrze że żyjesz- usłyszałam.

To była jedna w piękniejszych chwil. I ogromna lekcja. Nie tylko dla mnie, ale w tej chwili dla każdego czytającego ten post. Zdrowie, a przede wszystkim życie to jest najcenniejsze co mamy. Dbajmy o siebie, i prowadźmy bezpieczny tryb. Bo jak widać, nie wiadomo co może się wydarzyć. Odrzućmy egoistyczne podejście 'nie chce mi się już żyć' - ponieważ Twoje życie to tak naprawdę nie jest tylko Twoje. To jest i Mamy i Taty i rodziny, przyjaciół- chodzi mi o to że czasem nie dostrzegamy tego jak bardzo ważnymi osobami jesteśmy dla kogoś. Tak bardzo ważnymi, że byliby skłonni bez zastanowienia oddać swoje życie dla Nas. Doceńmy to co mamy, bo nie wiadomo kiedy zostanie Nam to odebrane. Mówmy rodzicom jak bardzo ich kochamy, są to osoby które BEZ WZGLĘDU na wszystko będą uważać Nas za najważniejszych w ich życiu. Ja po tym wszystkim, poczułam na własnej skórze wartość życia, i wiem że nigdy, ale to przenigdy nie pomyślę o śmierci. Gdyż nie bałam się tak, jak w momencie gdy myślałam ze utracę to co najcenniejsze... ŻYCIE.

Zastanawiacie się co było dalej, po powrocie do mojego rodzinnego miasta/wsi? Nic. Ponieważ nikomu nie mówiłam o tym wypadku, dopóki ktoś się nie zapytał. Tak naprawdę niewiele osób wie że coś takiego miało zdarzenie.
____________________________

Ogromne podziękowania dla I i dla Ł. Za to że byli przy mnie i troszczyli. Ocierali łzy...

Może ktoś uznać 'A nic im sie nie stało, a tyle zachodu robią' to prawda- całe szczęście nic Nam się poważnego nie stało. Pomimo że nawet ratownicy byli w szoku że, cali wyszliśmy. Ale chce pokazać, jak przykre zdarzenie potrafi odbić się na człowieku, aby od razu inaczej myślał. Byliśmy w objęciach śmierci, i to była największa lekcja jaką do tej pory przeżyliśmy. Oczywiście nie życze nikomu aby coś podobnego przechodził, ale jednak aby zastanowił się nad tym i w końcu się opamiętał że życie jest piękne, a ludzie dobrzy- tylko My tak rzadko to dostrzegamy...

Ludzkie życie jest kruche, więc..


sobota, 8 marca 2014

Dawanie jest fajne!

Opowiem Wam historię małego Mateuszka - ogromnego fana skoków narciarskich.

Gdy Mateusz dowiedział się że, zorganizowaliśmy bilety na Puchar Świata w Skokach Narciarskich w Zakopanem, nie mógł się posiąść z radości! Już nad ranem cały wymalowany w biało czerwone barwy, przybiegł do mnie odebrać szaliki, flagi, trąbki aby wyglądać jak kibic z prawdziwego zdarzenia.
Mateuszek marzył o tym by zobaczyć na własne oczy zawodników, oraz jak to każdy- zebrać autografy!

Niestety pech chciał, że przebywał w takim sektorze że nie udało mu się zebrać ani jednego podpisu, ale pomimo tego był szczęśliwy że mógł pojechać na konkurs. Bardzo było mi żal Mateuszka, więc postanowiłam że troszkę mu pomogę w spełnieniu marzenia.

Znam się osobiście z polskimi skoczkami, więc nie było trudno o zdobycie autografów. Na początek udało mi się zorganizować kartkę z podpisem Kamila Stocha, przekazałam ją wujkowi Mateusza. Z tego co mi opowiadał, chłopczyk bardzo się cieszył, a jego uśmiech wynagrodził mi wszystko :)

Następnie, przed Olimpiadą w Sochi pojechałam do mojego przyjaciela Maćka (który również jest skoczkiem), aby się z Nim pożegnać i życzyć mu szczęścia. W czasie spotkania, poprosiłam o kartkę ze specjalną dedykacją 'DLA MATEUSZA', akurat w domu również przebywał Kuba- brat Maćka, więc i jego poprosiłam aby podarował mi zdjęcie z podpisem. Maciek zaciekawiony- dla kogo te kartki? W rezultacie opowiedziałam mu krótką historię Mateuszka i jego marzenia w zbieraniu podpisów skoczków. Bez zastanowienia zaproponował- to może plastron jakiś dorzucimy? Oniemiałam, a mój uśmiech rozszerzył się do granic możliwości. Pomyślałam- Mateusz padnie z wrażenia! Od razu się zgodziłam, i w stercie innych koszulek z numerkami wybraliśmy taki który z pewnością ucieszy Mateuszka :)

Powróciwszy do Jabłonki, zadzwoniłam do Wujka Mateusza z informacją, aby jak najszybciej zjawili się w domu. Gdy dostałam zwrotną wiadomość że czekają na mnie, ładnie spakowałam prezenty i powędrowałam do sąsiedniego domu.

Gdy przyszłam, Mateusz już w kuchni czekał na mnie, i nie bardzo wiedział o co chodzi. Podarowałam mu paczkę w której znajdowały się prezenty od skoczków. Troszkę zmieszany, powoli zaczął wyjmować przedmioty z opakowania. Zdezorientowany, rozłożył plastron- a jego oczy w sekundzie się oszkliły. NIE WIERZE... - szeptał do siebie. Oglądał z każdej strony koszulkę, a jego wzrok był zahipnotyzowany. Mateusz jest bardzo skromnym chłopczykiem, ale widać było że w środku aż go rozsadza z radości. Wszyscy przyglądaliśmy się jemu z ogromną uwagą, i pod nosem uśmiechaliśmy się na jego reakcje. Następnie wyjął autografy z dedykacjami, a oczy kolejny raz napełniły się łzami. Jego ręce trzęsły się, i nie potrafił wydobyć z siebie żadnego słowa. Siedział i szeptał sam do siebie: Nie wierzę, ja dzisiaj nie zasnę, koledzy mi nie uwierzą... Trwało to jakąś godzinę, siedział i przyglądał się ze spokojem rzeczom które dostał. Ubrał plastron i uśmiechał się sam do siebie.

Wujek Mateusza poinformował mnie że na każde zawody ubiera plastron, i przed telewizorem mocno kibicuje Naszym :)

Był to jeden z fajniejszych widoków w moim życiu. Bardzo się cieszyłam że mogłam choć troszkę spełnić jego marzenie. Jak mam taką możliwość, to staram się pomóc jak tylko mogę :) I tego również Wam życzę. Bo dawanie coś od siebie, jest dużo fajniejsze niż dostawanie! :)




piątek, 7 marca 2014

Sto razy przegrać, aby raz wygrać cz1.

CZĘŚĆ 1
'Czasem musisz upaść bardzo nisko, by powstać i osiągnąć wszystko!'

Ten wpis będzie bardzo szczery, sądzę aż za bardzo. Ludzie często pytają mnie: jak Ty to zrobiłaś że się wybiłaś, tyle osiągnęłaś, a masz dopiero 20 lat?! Nie będę ukrywać, że bardzo zawstydzają mnie tego rodzaju pytania, ponieważ nachodzi mnie wtedy myśl: ale cóż ja takiego osiągnęłam? Nie jestem jakąś gwiazdą z czerwonego dywanu, ani 'fejmem' fejsbóka, jutuba czy też innego portalu, dla których jesteśmy osobami rozpoznawalnymi. Więc o co chodzi?
Dostaję masę (ale to naprawdę masę, masę) maili z treścią bardzo zaskakującą mnie: dużo miłości, wsparcia oraz słowa: jesteś moim idolem, jesteś autorytetem, osobą do naśladowania. I wtedy kolejny raz się zastanawiałam: czym ja sobie zasłużyłam aby zostać obdarowana taką dawką wspaniałych słów? 

Pragnęliście abym opisała drogę mojego życia- można powiedzieć 'malutkiego sukcesu' który zdołałam osiągnąć. 

Kto mnie zna, to dokładnie wie jaką byłam osobą. I ciężko było mi wyjść z tej opinii złej dziewczynki. 

Zacznę od tego że gimnazjum byłam chłopczycą, biegałam w dresach, biłam się. Trzymałam z ludźmi którzy tak naprawdę nie powinni być w tym czasie moimi znajomymi. Popalałam papierosy aby pokazać 'jakaż to ja jestem fajna i dorosła' - tak miałam wtedy 14/15 lat... Byłam arogancka, nie posiadałam szacunku dla nauczycieli i starszych osób. Pyskowałam cały czas i uważałam siebie za najmądrzejszą... aż do momentu kiedy zostałam sama. 

Ludzie odeszli ode mnie, nie potrafili utrzymywać kontaktu z TAKĄ osobą - zresztą się nie dziwie, kto by chciał? Byłam totalnie osamotniona, nikt nie chciał ze mną rozmawiać, siedzieć w ławce, być w parze na wycieczkach. Nie miałam do kogo zadzwonić, pogadać ani wyjść i spędzić czas. Bardzo zamknęłam się w sobie, popadałam można powiedzieć w nastoletnią depresję. Chodziłam do psychologa- bo tylko z tą osobą mogłam rozmawiać, żalić się. Uciekałam z domu, bo moje emocje były tak rozchwiane że nikt nie potrafił dogadać się ze mną, A normalna rozmowa z rodzicami, kończyła się kłótnią. Oni chcieli dobrze dla mnie, ja ich nie chciałam słuchać. Nie będę ukrywać że również i z moimi rodzicami chodziłam do Pani Psycholog. To był jedyny ratunek dla mnie, byłam chodzącą porażką. Czułam się na skraju przepaści. I tak naprawdę gdyby nie wsparcie mojego rodzeństwa podejrzewam że popełniłabym jakieś głupstwo. I chwała im wielkie za to. 

W tym samym okresie można powiedzieć mojego DNA, moja roczna siostrzenica Asia zapadła na bardzo ciężką chorobę, nawet nie wiedzieliśmy czy maluszek przetrwa i wygra walkę- pamiętam to jak dziś. Boże Narodzenie, czytam Pismo Święte przed wieczerzą. Trzęsą mi się ręce, łkam łzy wypowiadając święte słowa. To był dzień który zmienił nie tylko mnie, ale całą moją rodzinę. Pomyślałam sobie - Julka kurwa masz wszystko co potrzebne do szczęscia- rodzinę, jedzenie, ciepły dom. A Ty robisz z siebie największą poszkodowaną ofiarę nie wiadomo czego. Tego dnia tak naprawdę zrozumiałam co jest najważniejsze w życiu- zdrowie i rodzina. Pamiętam, poszłam na pasterkę (pierwszy raz w życiu) nikt mnie nie zmuszał abym się wybrała, po prostu chciałam. Usiadłam w ławce i w myślach błagałam Boga aby nie opuścił Nas, abym nie straciła wiarę w lepsze jutro, aby cały czas czuwał przy Asi i szepetał jej do uszka: BĄDZ SILNA! Przede mną usiadło małżeństwo z niepełnosprawnym synkiem, popatrzyłam się na niego i po prostu wewnętrznie mnie rozsadziło. Zaczełam płakać, oczyszczać swój cały organizm... dałam upust emocjom. Wyszłam ostatnia z kościoła, jak już nikogo nie było. Siedziałam i się modliłam. Przepraszałam Boga za wszystkie wyrządzone krzywdy i prosiłam o wybaczenie. 

W szkole nie dawałam się poznać że coś się wydarzyło. Tylko zachowywałam się inaczej. Siedziałam w ławce, nie odzywałam się, a jak już coś to grzecznie odpowiadałam. Gdy szłam korytarzem i naśmiewano się ze mnie, ja z wbitym wzrokiem w ziemię przechodziłam milcząc. Dopiero mój wychowawca Ś.P Pan Marek wziął mnie na rozmowę, jako pierwszy zareagował na moje zachowanie. A że był nauczycielem wychowania fizycznego, to zaprowadził mnie do kantorku gdzie były przechowywane wszystkie potrzebne rzeczy na WF. I poprosił abym my wyjaśniła swoje zachowanie. Był bardzo wyrozumiałym człowiekiem, opowiedziałam mu wszystko łkając łzami. On tylko popatrzył na mnie, przytulił i powiedział abym się nie czuła sama.
Pisząc to łzy mi spływają po polikach, bo pamiętam jakby to było wczoraj. Pomimo że nadal byłam osamotniona Pan Marek nie pozwalał na to abym kolejny raz się załamała. Duzo ze mną rozmawiał, i wiele mu zawdzięczam, m.in to że jako pierwszy wbił mi do głowy: NIE PODDAWAJ SIĘ! 

Zakończenie gimnazjum, zmiana szkoły... odetchnęłam. 
Pomyślałam sobie, nowa czysta karta życia. Inna Julia, niech będzie tą lepszą wersją! 
I tak było, zmieniłam się. Chodziłam uśmiechnięta, nawiązałam nowe znajomości, które do dziś bardzo miło wspominam i nadal utrzymuję kontakt. Oczywiście spotykałam się z komentarzami: 'To ta Julka...' ale ja to ignorowałam lub uśmiechałam się. Nie chciałam wracać do starej skóry. Nie było to warte niczego. 

Życie nauczyło mnie najważniejszego- szanuj bliźniego jak siebie samego. Nie warto być osobą arogancką tylko dlatego aby zaimponować swoją wyższość nad kimś. To prędzej czy później się odbije w tą gorszą stronę. Dbajmy o siebie, o swoje zdrowie- bo to jest najważniejszy dar w Naszym życiu. Pomagajmy innym, którym nie powodzi się. Bądźmy sobą, kochajmy rodzinę. Cieszmy się z tego co Nam los przyniósł- bo zawsze może być gorzej. Nie oceniajmy kogoś po tym jak wygląda, lub z jakiej rodziny pochodzi- bo to nie jest jego wizytówka. Starajmy się spełniać swoje marzenia- do odważnych świat należy. Gdy nie zaryzykujemy to nie poczujemy smak zwycięstwa lub porażki. 

Jak to mawia mój kolega- należy sto razy razy przegrać, by raz wygrać! :) 







sobota, 15 lutego 2014

Zabawa facebookowa



Niedawno na facebooku rozpętała się nowa zabawa. Ponoć przyszła ona z Australii, ma ona na celu wytypowanie kogoś co wypicia ustalonego wcześniej alkoholu (jest nim zazwyczaj piwo- przynajmniej ja tak sądziłam... ale jak widać na hulających filmikach w sieci, ludzie sięgali do dużo mocniejszych trunków) należy to uwiecznić na filmiku a następnie umieścić go na portalu społecznościowym (zazwyczaj jest to facebook). Aby 'zabawa' nadal trwała typuję sie kolejne osoby do podjęcia wezwania, a jeżeli nie zrealizuje tego, osoba przegrana ma wręczyć (osobie która go typowała) przysłowiową kratę piwa. Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym wydarzeniu, zaskoczyło mnie to jak ludzie (bo mówimy już tutaj o całym świecie) potrafili zintegrować się do podjęcia takiej zabawy. Wiele moich znajomych, pukało się w czoło i oceniali to za bzdurę która nie powinna mieć miejsca. Nie będę ingerować w słowa to co kto mówi, bo każdy ma do tego prawo. Mnie osobiście bardzo ta cała sytuacja rozśmieszyła, i nie będe ukrywać że również zostałam wciągnięta w tą zabawę. Nie spotkałam się jeszcze, z filmikami na których osoby nieletnie piły alkohol, więc nie widze nic w tym złego. Albo przynajmniej nie widziałam... do póki nie zobaczyłam wideo na którym mężczyzna piję z kufla... WÓDKĘ! Byłam w takim szoku, że pisząc tą notkę nie wiedziałam od czego zacząć. Jakże ludzie są bezmyślni... Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie- ale nie odwagą, lecz głupotą! Owa osoba chyba nie zdaje sobie sprawę, jaką szkodę mógł sobie wyrządzić wlewając w gardło tak ogromną ilość alkoholu naraz! W dodatku te przeokropne (wręcz drastyczne!) koktajle alkoholowe (UWAGA) -ze zmiksowaną zdechłą myszą, lub picie napoju z buta bądź toalety? Mam wrażenie że co poniektórzy, zamiast rozwijać się jak Bozia Nas tego nauczyła, to cofają się z taką prędkością że niedługo będą z Nas totalnie bezmyślne ogłupione istoty. Tak jak wcześniej powiedziałam, każdy ma prawo do podejmowania decyzji, ale powinniśmy się dwa razy zastanowić. Do tej pory zostały odnotowane 4 śmiertelne przypadki owej zabawy. Mam ogromną nadzieję, że moi znajomi ograniczą się tylko do wypicia piwa, bo te popisówki w internecie zza granicznych państw totalnie mnie zażenowały.
Zapraszam Was do obejrzenia filmiku który prezentuje, to jak ludzie interpretują tą zabawę na swój sposób.
MIAŁO BYĆ FAJNIE I ZABAWNIE, A WYSZŁO... TAK JAK ZAWSZE

piątek, 14 lutego 2014

Dzięki Bogu znów śnieg!

SPADŁ ŚNIEG! Jakże była moja ogromna radość gdy, ujrzałam biały puch otulający wszystko dookoła. Od razu telefon do przyjaciółki "Basia jutro decha!". Kolejny dzień powitał Nas przepięknym słoneczkiem i przejrzystym widokiem na panoramę Tatr. Szybko wskoczyłyśmy w kombinezony, załadowałyśmy się do auta i wyruszyłyśmy w kierunku stoku- ale jakiego? No właśnie, albo Witów, albo Biała Tatrzańska. W ostateczności wybrałyśmy do drugie. Droga minęła nam szybko, a gdy zajechałyśmy na parking ręce nam opadły. Nie spodziewałyśmy się że aż tyle ludzi zjawi się już o takiej porze. 'BAŚKA RYJ SIĘ NA PRZÓD!'- krzyczę, byłam pewna że znajdziemy miejsce przy samej stacji. I nie myliłam się. szybko wypakowałyśmy się, kupiłyśmy karnety i zapięłyśmy dechy iiiiiiiii... STOIMY W KOLEJCE... Mogłam zacząć medytować, od postępu przesuwania się ludzi do bramek. No ale gdy już Nam się udało wyjechać, zdecydowałyśmy się jeździć po trasie nr II, czyli przyboczna najlepiej wyratrakowana trasa, gdzie można było złapać prędkość o jakiej się marzy. Szybko zgłodniałyśmy (jak to My) i zjechałyśmy do knajpki która była umieszczona tuż koło Naszej małej stacji, zamówiłyśmy po mega kalorycznym hamburgerze, i na dworze przy znośnej temperaturze zajadałyśmy się jedzeniem. Po pewnym czasie, zaczepiło Nas dwóch bardzo przystojnych Panów, ale gdy usłyszałam że posługują się językiem angielskim, władowałam całą bułkę do buzi i popatrzyłam się z ulitowaniem na Basie, mający znaczyć: TY ROZMAWIAJ! Basia przejęła całą inicjatywę, a że biegle potrafi mówić po angielsku, nie miała najmniejszego problemu z dogadaniem się. Ja siedziałam cicho, i starałam się zrozumieć o czym rozmawiają (i o dziwo udało mi się!) natomiast nic nie mówiłam- wolałam nie kompromitować siebie i mojej JAKŻE można określić beznadziejnej znajomości języka angielskiego (taaak, wiem dużo spędziłam czasu w Anglii i wiele się tam nauczyłam, ale niestety nie mówiąc na co dzień tym językiem, człowiek traci umiejętności posługiwania się nim). Ale chłopaki byli bardzo wyrozumiali, i woleli abym ja odpowiadała na ich pytania (powoli, i kalecząc) niż żeby Basia tłumaczyła wszystko. Panowie pochodzą z Hiszpanii i przyjechali na studia do Sopotu, bardzo im się tutaj podoba, a gdy ich zapytałam:- dlaczego Polska? Odpowiedzieli mi:- a dlaczego nie? Okazali się bardzo sympatyczni, i otwarci. Pół dnia spędziliśmy razem czas, a nawet uratowali mnie od najedzenia się stresu! No bo przecież Jula zawsze musi coś zrobić, i spaprać. To by było zbyt normalne gdybym gafy jakiejś nie sprawiła. Tak... zgubiłam kask... wyjeżdżając wyciągiem krzesełkowym chciałam wygodnie się usadowić, i łuuup! Spadł kask z samej góry na trasę. Pomyślałam sobie: żeby nikt go nie brał, żeby nikt go nie brał... Gdy wyjechaliśmy na szczyt, zaczełam krzyczeć do moich nowo poznanych kolegów: GO! GO! GO! I szybciochem pozapinali deski i zjechali w dół trasy w poszukiwaniu mojej zguby. Ja również, najszybciej jak to było możliwe podążyłam za Nimi, w samej kominiarce (niczym ninja). Gdy dojechałam i ujrzałam Andreasa z moim kaskiem pomyślałam: UFFFFF! I w taki sposób pokazałam moją pierwszą cechę osobowości- tak jestem rodzoną siostrą Ciamajdy :) Po tej małej niefortunnej przygodzie, zdecydowaliśmy się razem spędzić czas przy piwku w karczmie. Rozmawialiśmy o tym co w życiu robimy, jakie mamy plany- ogólnie bardzo luźna rozmowa. Do momentu aż, nagle chłopaki złapali się za głowę, i zaczęli między sobą rozmawiać po Hiszpańsku. Nie wiedziałyśmy o co chodzi... Wytłumaczyli Nam że odjechał ich ostatni autobus do Zakopanego (gdzie nocowali). Pomyślałam sobie: albo podpucha abyśmy ich zabrali autem, albo mówią prawdę :) Notabene zaczęłam szybko sprawdzać połączenie autobusów Nowy Targ- Zakopane, okazało się ze mają ostatni autobus za pół godzinki. Więc szybka decyzja, pozbieraliśmy się i biegiem do auta... i tutaj kolejny problem nastąpił. Basia ma malutkie zgrabne auto, i pomieszczenie się w 4 osoby plus sprzęt- to nie było opcji! No ale Jula raz dwa, tutaj poprzestawiała fotele, tutaj poskręcała deski, tam w szpary powsadzała buty iii FINITO! Wszyscy (w ścisku) pomieścili się :). Kierowca bombowca Basia prędko dowiozła Nas do Nowego Targu, wysadziliśmy chlopaków na przystanku, potłumaczyłyśmy o której i do jakiego autobusu mają wsiąść i się pożegnałyśmy. Nie odbyło się oczywiście od propozycji kolejnego spotkania, tym razem w Zakopanem - jakieś bajlando czy coś... Zobaczymy :)















Dzisiaj jest 14 luty jak wiadomo wszystkim - Walentynki. Ale dla mnie i mojej rodziny to jest szczególny czas, i nie dlatego że to jest dzień zakochanych. Św. Walenty to również patron chorych na epilepsję- czyli dotkniętych padaczką. Z tej okazji, chcę życzyć mojej siostrzenicy Asi jak najwięcej zdrówka, i aby wszystko potoczyło się ku dobremu. Ciocia Jula kocha Cię całym sercem, i nigdy nie przestanie Ci pomagać! Jesteś Naszą Waleczną Asią! 

PS. Jutro siostra z Asia i Haniutkiem przylatują na tydzień do mnie!


Nasza mała duża Asia!

Zapraszam Was do śledzenia fanpage poświęcony mojej Asi, tam wszystkiego się dowiecie :)
https://www.facebook.com/walecznaasia


wtorek, 11 lutego 2014

Dresy w sklepie- WSTYD!

Ostatnio miałam dość głupią sytuację. Poszłam do sklepu po zakupy, a że przebywając w domu jestem leniwa, po powrocie ze szkoły zamieniam się w typowego kanapowca (czyli dresy, wyciągnięty thirt, 'antenka' zrobiona na czubku głowy z moich włosów). No i wracając do mojej wycieczki do sklepu, akurat były to godziny szczytu powrotu uczniów ze szkoły do domu, i najwięcej ich można spotkać w rynku gdzie jest główny 'dworzec'. A sklep do którego poszłam, jest umieszczony właśnie koło wcześniej wspomnianego rynku. Tutaj na wsi każdy, każdego zna- albo przynajmniej z wyglądu kojarzy. I zawsze można spotkać uśmiechy osób i miłe 'Cześć Julia' niekoniecznie od ludzi które znam. No ale to by było zbyt piękne (i śmieszne) aby każdy dla każdego był miły:). Gdy już ukończyłam zakupy, i stałam w dość sporej kolejce usłyszałam rozmowę trzech dziewczyn (wiem to jest niegrzeczne, no ale każdemu robi się gumowe ucho gdy usłyszy 'to ta Julka'). Dyskusja zaczęła się 'PATRZ JAK SIĘ UBRAŁA!' - pomyślałam sobie 'no w sumie niekorzystnie wyglądam, no ale ludzie... po zakupy wyszłam na wieś!'. Oczywiście wszystkiego dobrze nie usłyszałam bo dziewczyny widać, starały się aby ta rozmowa byla DYSKRETNA. Ale sklejając w całość ich pogaduchy, mówiły o tym- jak to się ubrałam, przecież jestem taką słynną stylistką, ubieram znane osoby, bujam się po polsce i pokazuje jaka to ja nie jestem. Chwalę się tym i tamtym (lub kim) a na wioskę porządnie ubrać się nie potrafię. Że w sieci i w podrożach to tylko pokazówka, a naprawdę jestem FLEJĄ (tak, jedna z nich mnie określiła - cokolwiek to znaczy). I że płacę ludziom aby moje nazwisko widniało pod stylizacjami (WHAAAT?). No i tego typu rozmowa się toczyła, ogólnie tyłek mój obrobiony z każdej strony- no ale byłabym nie JA gdybym się nie odezwała. Prawda, nie odezwałam się - obróciłam i uśmiechnęłam do dziewczyn. A One? Odwzajemniły mój uśmiech! No ale głupa strugałam że nic nie słyszałam, powiedziałam Do Widzenia i wyszłam ze sklepu.

Pewnie zastanawiacie się co miałam w głowie po wyjściu ze sklepu? Odpowiem Wam - NIC! Śmiałam się sama do siebie. To jest śmieszne, że gdy wychodzę w dresie bądz innej niekorzystnej rozciągniętej odzieży, od razu jestem palcem pokazywana. Ale jak facet zajezdza traktorem w gumiakach, to jest normalne. Tak bo to jest NORMALNE, ponieważ to jest widok Nasz codzienny- wszyscy jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Zdaję sobie sprawę że nie każdy ma okazje poznawać zespoły muzyczne, czy tez wokalistów sportowców i z Nimi pracować. Kreować ich wizerunek dla telewizji- NAPRAWDĘ ZDAJĘ SOBIE Z TEGO SPRAWĘ. I cieszę się że ja mam to szczęście i spełniać swoje marzenia w tym kierunku. Ale dużo dużo ludzi nie wie, ile musiałam poświecić, i jak duzo pracowac. I to jest smutne że nigdzie indziej nie spotykam się z taką krytyka mojej osoby, jak w mojej kochanej rodzinnej wiosce. Ale nie uważam się za osobę która jest najlepsza. Mam 19 lat, i ja nadal się uczę. Na wszystkie moje podróże po Polsce inwestuję z własnych zarobionych pieniędzy. Wiadomo rodzice bardzo mnie wspierają, ale staram się aby jak najmniej dokładali się do tego. Ale jeżdzę nie po to by się pokazać, i cyknąc zdjećie na ściance. Tylo kszałcić się, patrzeć jak to wszystko wygląda od strony 'kuchni'. Ponieważ to JA wybrałam sobie ścieżkę która chce iśc, i to JA ponosić będę jakiekolwiek konsekwencję. Codziennie spotykam się z krytyka mojej osoby, i cieszę się- ponieważ bardzo na nią uodporniłam się. Coraz mniej przezywam, coraz mniej łez leci :) 

Dlatego mój kochany czytelniku, jeżeli marzysz zostać kucharzem, aktorem, piosenkarzem. Włóż w to jak najwięcej sił! Bo wiem że MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ! Ja osobiście byłam wrakiem i chodzącym nieudacznikiem, czekający na to szczeście ze ktoś dojrzy mój talent. I TO BYŁ BŁĄD! 
Ty musisz pokazywać jaki jestes dobry w tym co robisz! Cały czas działać, kręcić się w okół ludzi którzy mogą Ci choć troszkę w tym pomóc. PAMIĘTAJ: Jeżeli zamykają Ci przed nosem drzwi do sukcesu, pchaj się przez okno! Dlatego, nie czekaj a działaj :) I nie przejmuj się że ktoś tam mówi złe słowo na Ciebie, i rzuca kłody pod nogi. Będzie coraz trudniej i bardziej pod górkę. Ja jeszcze nie doszłam na szczyt, i sądzę że nikt tego jeszcze nie dokonał. (przynajmniej ja nie chcę- pragnę cały czas łapać nową wiedzę)
TRZYMAM ZA WAS KCIUKI ! 


'Dziś ofiarowuję mu całego siebie, żyję dla mojego umierającego marzenia

Daję z siebie wszystko, to jest powód, to jest powód, by oddać wszystko'





# Serdecznie chcę Was zaprosić na bloga mojego dobrego kolegi Sławka www.slawomirszewczyk.com pisze o modzie, zyciu, mediach itp. ogólnie facet nie kryje się ze swoim zdaniem i bardzo go podziwiam :)

# Zapraszam Was na aukcję charytatywną na rzecz mojej Asiuni, którą wspiera m.in Kamil Stoch- Nasz zloty Olimpijczyk! http://allegro.pl/fanty-od-skoczkow-narciarskich-charytatywnie-i3946072728.html

# Aktywowałam twittera: https://twitter.com/JulisPL

#14

REAKTYWACJA JUHUUUU !

Tydzień ferii za mną, a ja nie zrobiłam kompletnie NIC. Dopadła mnie rutyna która ma na celu, leżenie w łóżku i oglądanie serialu, odcinek za odcinkiem. Moje życie stało się typowym dniem przeciętnego amerykanina, tylko popcornu brakuje... Ale żeby o było mało! Moje Kochane Pamiętniki Wampirów mogę oglądac tylko w piątki (bo wtedy wychodza najnowsze odcinki) a co robię w pozostałe dni? UWAGA... oglądam Zbuntowany Anioł! TAK!  Nie żartuję, złapałam tęsknotę za tym serialem, i wiecie co? Wkręciłam się... czas nie ubłagalnie leci, a ja od rana do wieczora tyram Milagros i Evo. I żeby nie było że, ten serial sobie leciał, 16 lat temu (aż tyle?!) to nadal mnie on śmieszy ! :) Dobrze ten wpis jest totalnie bez sensu, ale chciałam tylko powiadomić że na stałe powróciłam do blogowania (zrezygnowałam z ASKA więc Witam Serdecznie moich Kochanych czytelników i wspieraków ( tych mniej mnie darzących sympatią również) :)

ZA KILKA GODZIN wkleję kolejnę posty, jeden nawiązujący do Pucharu Świata w skokach narciarskich, a drugi poruszający temat problemu wielu z Nas, więcej nie zdradze :)

Byłam taka slodka jako mała dziewczynka- przeróbkę foty zawdzięczam mojej przyjaciółce :)




# Serdecznie chcę Was zaprosić na bloga mojego dobrego kolegi Sławka www.slawomirszewczyk.com pisze o modzie, zyciu, mediach itp. ogólnie facet nie kryje się ze swoim zdaniem i bardzo go podziwiam :)

# Zapraszam Was na aukcję charytatywną na rzecz mojej Asiuni, którą wspiera m.in Kamil Stoch- Nasz zloty Olimpijczyk! http://allegro.pl/fanty-od-skoczkow-narciarskich-charytatywnie-i3946072728.html

# Aktywowałam twittera: https://twitter.com/JulisPL