środa, 2 lipca 2014

nigdy nic nie wiadomo



Kiedyś przychodziły takie dni i rozmyślałam co by było gdybym miała jednego rodzica, albo mieszkała w maleńkim domu z 10'orgiem rodzeństwa a pieniądze ledwo starczały na dom i jedzenie. Co by było gdybym nagle straciła wzrok, albo w wypadku samochodowym utraciła nogę? Co by było gdyby mi nagle wszystko co teraz mam- odebrano.

Też się zastanawiacie nad takim 'innym' scenariuszem życia?

Jesteśmy kowalem swojego losu, Nasi rodzice z pewnością dali nam wszystko co tylko mogli aby lepiej się nam żyło. Nie możemy mieć do nich żalu, że nie niekiedy odmawiali nam zakupu jakiejś nowej rzeczy lub zamiast wyjechać na wakacje szliśmy pomagać w gospodarce lub mamie w ogródku. Takie poszanowanie przychodzi z wiekiem czasu. Sama czasem złościłam się, że nie mogłam mieć tego co chciałam. Nie rozumiałam wartości pieniądza. Moi rodzice ciężko pracowali zza granicą. Był czas, że jednego z nich nie widziałam miesiąc lub więcej. Ale gdy przyjeżdżali, to zawsze coś mieli w zanadrzu dla każdego z mojego rodzeństwa. Czy to słodycze, czy jakaś zabawka... A radość była niepojęta!

Gdy dorosłam to czasem tak w sercu kuło: kurcze chciałabym mieć to, ale moi rodzice nie chcą mi kupić. Zrozumiałam swoje egoistyczne podejście dopiero w momencie, gdy z firmy mojego Taty powoli zaczęli zwalniać ludzi. Groziło to też mojemu. Byłam wtedy przerażona. Na samą myśl o tamtych dniach napływają mi łzy do oczu. Moja Mama nie pracuje, tylko Tata nas utrzymuje. I ten strach z każdym dniem się powiększał. Pamiętam słowa mojego brata który w tym czasie przebywał zza granicą: "Nie martw się Jula, co by się nie stało to sobie wszyscy poradzimy". Byłam rozwalona na tysiąc kawałków. Na moją rodzinę został postawiony duży pytajnik: "Co dalej?". Nie mogłam jeść, nie mogłam spać. Obsesyjnie cały czas myślałam o tym co będzie i jak wszystko się potoczy. Pytanie brzmiało: czy po prostu moja rodzina sobie poradzi... Ale pozbierałam się i postanowiłam - cokolwiek by się wydarzyło, nie będzie to miało wpływu na relacje z rodzicami i jakoś sobie poradzimy! Finalnie mój Tata pozostał w pracy, aczkolwiek pas musieliśmy ścisnąć. Była to przeogromna ulga, a radość nie odstępowała mnie na krok. Poczułam bezpieczeństwo, które zabrano mi na okres kilku tygodni. Postanowiłam że zacznę zarabiać na własną rękę. Zdałam sobie sprawię zaistniałej sytuacji i po prostu nie chciałam prosić rodziców o pieniądze na moje wydatki.

A co ze zdrowiem? Nigdy o to nie dbałam... Co prawda w szkole byłam sportowcem, nawet nie chwaląc się otrzymałam Stypendium Sportowe (chyba jedyne wyróżnienie jakie w życiu szkolnym mnie spotkało) ale po za tym, jadłam co popadłam. Nawet raz doprowadziłam się do takiego stanu, że byłam toczącym się pulpetem. Świadomość (i szczęście) posiadania zdrowego ciała i umysłu dotarło do mnie dopiero wtedy, gdy córka mojej siostry bardzo ciężko zachorowała. Zaatakował ją wirus który wywołał zapalenie mózgu, spowodował utratę słuchu, wzroku i zdolności poruszania się. W skrócie jej mózg został w większości trwale uszkodzony- martwy. Dopiero w tedy otwarłam oczy na to nieszczęście które dotyka ludzi. Wcześniej miałam zamknięte a raczej starałam się to wszystko w okół mnie ignorować. Niektórzy ludzie to  można powiedzieć mają wstręt do osób dotkniętych chorobą. Najczęściej takie rodziny bardzo skromnie żyją, czasem się zastanawiałam czy ich stan zdrowia nie jest wynikiem tego w jakich warunkach żyją? Zdałam sobie sprawę dopiero wtedy, gdy w mojej rodzinie to się przydarzyło. Utrzymanie takiego dziecka jest kilka razy droższe od utrzymania zdrowego. To nie jest kilka tysięcy... to są dużo większe sumy- od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych rocznie! Asia zmieniła każdego w mojej rodzinie, bez wyjątku. Przede wszystkim nauczyła nas dwa razy mocniej kochać drugą osobę., oraz uśmiechać się, nawet wtedy gdy jest naprawdę bardzo źle.

Człowiek musi od życia nieźle dostać po dupie aby zaczął doceniać to co ma. Powinniśmy cieszyć się z tego co los przyniósł i jakich nas rodzice wychowali. Zastanowić się nad tym- że inni mają dużo gorzej w życiu. Niektórzy mają dylemat co kupić: czy chleb czy wodę. A my się zastanawiamy czy kupić setną parę szpilek czy kolejny markowy perfum...

Czytając wasze listy lub maile często natrafiam na słowa: Julia pisząc o swoim życiu czasem mam wrażenie jakbyś to mnie opisywała.

Bardzo dużo piszę o sobie na blogu- bo jestem jedną z Was. Podobne historie wiele ludzi przeżyło. KAŻDY potyka się o swoje problemy, KAŻDY jest raniony przez drugą osobę. Nie jestem żadnym wyjątkiem... Ale przede wszystkim trzeba umieć radzić sobie z tym wszystkim. Nie wolno opuścić rąk i mówić: Nie dam rady... Ja zacisnęłam zęby i pomimo łez które niejeden raz spłynęły mi po polikach- próbowałam iść cały czas pod górkę. I każdy z Was powinien obrać również tą drogę. Życie jest niepewne i czasem może się okazać bardzo krótkie. Więc doceńmy to co mamy i dawajmy z siebie dwa razy więcej.

Jeżeli ktoś potrzebuje pomocy - okaż mu ją i nie oczekuj że Ci zawsze podziękuje. Wdzięczność przychodzi z czasem...


DZIĘKUJĘ ZA CUDOWNE ŻYCZENIA URODZINOWE!





czwartek, 12 czerwca 2014

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą

Sylvester Stallone jest moim ulubionym aktorem (tuż przed Checki Hanem, a po Heath Ledgerem). Odkąd ujrzałam pierwszy raz film Rocky, tak bardzo mną zafascynował że poczułam pozytywny kopniak do realizacji swoich pomysłów... Ale czy każdy wie, w jaki sposób został napisany i stworzony film? Mam nadzieję, że to co przeczytasz sprawi równie podobną reakcję co w moim przypadku :)



Czy zastanawiałeś się kiedyś dlaczego Stallone ma w charakterystyczny sposób wykrzywioną dolną szczękę? To dlatego że, urodził się ze sparaliżowaną lewą częścią twarzy. Z tego powodu, jego wymowa również była niewyraźna. Spalony na początku będąc chcieć zostać aktorem, prawda?

NIEPRAWDA! 

Chęci mu nie brakowało. Przyjechał do Ameryki w poszukiwaniu pracy w roli aktora... Lecz nie chciał nikt go przyjąć. Musiał spać na dworcu autobusowym przez 3 TYGODNIE!

Lecz wydarzyło się jeszcze coś gorszego... był zmuszony do sprzedania swojego jedynego przyjaciela... PSA. Osobie napotkanej, kompletnie nie znanej mu... za jedyne 25 dolarów. UPADŁ NA DNO...



Pewnego dnia, oglądał gale boksu z Hummadem Ali. Wpadł na pomysł filmu i zainspirowany w ciągu 3 dni napisał scenariusz do kultowego filmu "ROCKY".

Znalazł producenta który zaoferował mu 125 000 dolarów za film! Dla osoby bezdomnej to jest propozycja nie do odrzucenia. Jednak był mały problem: Stalone nie mógł zagrać w tym filmie. Był zmuszony odrzucić propozycję. Jego największym marzeniem było zostanie aktorem...

Kilka tygodni później zaoferowano mu podwojoną sumę, az 325 000 dolarów. Ale on w zaparcie odmawiał... W końcu nadeszła oczekiwana chwila, pozwolono mu zagrać w filmie, lecz stawka zeszła do 35 000 dolarów.

Stalone przyjął propozycję. Pierwsze co uczynił... wydał 15 000 dolarów na poszukiwanie i odkupienie jego psa. Udało się i wraz ze swoim panem wystąpili w filmie.



Film nakręcono w ciągu 28 dni. Globalnie stał się hitem i zarobił ponad 200 mln dolarów (gdzie jego budżet wyniósł 1mln). Zyskał 3 Oskary ( w tym za najbardziej popularny film)

Niech ta niesamowita historia Cię zainspiruje. Jeśli bardzo czegoś chcesz, możesz to w  końcu osiągnąć. Być może po drodze spotkają Cię złe rzeczy, ale pokonasz wszelkie przeszkody.


środa, 11 czerwca 2014

szkoda czasu na zastanawianie się



Całe życie zastanawiamy się 'CO BY BYŁO GDYBY...' 



Co by było, gdybym weszła do sklepu gdzie pracuje ten fajny chłopak? Co by było, gdybym jutro spakowała walizki i po prostu wyjechała? Co by było, gdyby blablablabla....

Za dużo się nad swoim życiem zastanawiamy, a za mało działamy! Wiecie ile zaprzepaściłam realizacji swojej ciekawości, własnie takim rozmyślaniem? Bo stwierdzałam 'aaa jednak nie, to zły pomysł'. Im więcej analizujesz swoje poczynania, tym więcej na tym tracisz. Oczywiście ja nie mówię tutaj o przykładach typu: Chce uciec z domu, w tej chwili się pakuje i zwiewam... nie nie nie! ;)) Ale chcę na wspomnieć o takiej spontaniczności: widzę chłopaka- fajną ma koszulkę powiedzmy mojego ulubionego zespołu. Podchodzę zagaduje i pochwalam za T-shirt. Rozmowa się nakręca (a ja w duchu się cieszę, że jako tako udało mi się zwalczyć swoją nieśmiałość)

Właśnie dzięki takiemu podejściu spełniam swoje marzenia. Nie myślę o konsekwencjach moich poczynań, tylko robię to co lubię. A czy dobrze zrobiłam, czy źle wyjdzie w praniu. 

Ubiegły rok żyłam na spontanie. W ciągu jednego dnia decydowałam się czy wyjechać na drugi koniec polski mając przy sobie marne pieniądze. Czy zrobić kolczyk, albo obciąć włosy do zera. Chciałam zrobić to o czym marzyłam, ale bałam się to zrealizować... gdyż cały czas myślałam o tym 'co będzie, jak ja to zrobię' lub 'co sobie ludzie pomyślą?'- tej opcji częściej i bardziej się obawiałam. I wiecie co? Zrealizowałam te moje 'małe marzenia' i absolutnie nie żałuje. W pewnych kwestiach byłam zadowolona, a w innych... no że tak powiem - człowiek uczy się na błędach. Do póki go nie popełnisz, nie zdołasz ocenić czy było warto :) 

Jednego dnia wszystko mi się odmieniło i  pomyślałam - BOŻE GŁOWACZ ALE TY PROWADZISZ NUDNE ŻYCIE!  Smutek zamieniłam na uśmiech, decyzje podejmowałam w jednej chwili. Nie myślałam co będzie jutro- ale co będzie dzisiaj. Ryzykowałam z milion razy, nabiłam niejednego guza. Ale te wszystkie blizny na moim ciele mają swoją historie. Jedne smutne, inne zabawne. Ale to jest przykład tego, że liczy się to na ile będziemy odważni aby spełniać swoje marzenia. Nie czekać, aż samo coś przyjdzie, tylko walczyć o swoje- bo ktoś Nam sprzed nosa to zwinie. Być asertywnym. Nie pozwalajmy sobie wmawiać że czegoś nie potrafimy. Bo tylko my wiemy, na ile nas stać. A największą satysfakcją jest udowodnienie samemu sobie że coś się zrobiło, pomimo że nie wierzyliśmy w siebie.

Ile razy już utarłam nosa tym, którzy podkładali mi nogi. A to tylko sprawiło, że jestem bardziej silniejsza. Mocno stąpam nogami po ziemi, dlatego że miałam odwagę zaryzykować. Prawdy dowiemy się wtedy, jak jej zasmakujemy. 
NIE BÓJMY SIĘ SPEŁNIAĆ MARZEŃ. ONE SĄ PO TO ABY JE REALIZOWAĆ! 

Nie zastanawiajmy się nad tym co będzie jutro, i o tym co ludzie pomyślą. Jak popełnimy gafę, to na przyszłość będziemy wiedzieć aby drugi raz tak nie postąpić. 

W życiu przeżyliśmy niejedne smutne chwile. Pomimo tego pojawia nam się uśmiech, gdyż przez to nabraliśmy doświadczenia. Jeszcze wiele razy będziemy złe decyzje popełniać. Ale ważne jest aby się nie poddawać, rzucać się w wir doświadczeń. Wyciągaj lekcje oraz bądź samokrytyczny. Każdy przegrywa i każdy wygrywa. Czasami prawda bywa bardzo bolesna, ale życie jest za krótkie aby się załamywać. Nie wiadomo co, kiedy i o jakiej godzinie się wydarzy, więc póki jesteśmy młodzi korzystajmy z tego, a na starość będziemy opowiadać najlepsze bajki swoim wnukom :)



piątek, 16 maja 2014

NIE BO RAK!




Dzisiejszy post nie będzie o mnie. 

Któregoś pięknego dnia, napisała do mnie koleżanka Kinga. Poprosiła mnie abym weszła na jej profil na facebooku i przeczytała ostatni post. 

Weszłam, przeczytałam... gula rosła aż do gardła i w myślach powtarzałam 'tylko się nie rozpłacz'. Była to historia jej kolegi Maćka, który od półtora roku choruje na raka chłoniaka. Lek który musi zażyć jest nierefundowany, a wartość jego to około 300-400 tys. zł. 

Naszły mnie refleksje, chwilowo odcięłam się od świata i dumałam... Jaka jest wartość życia? - BEZCENNA. A dla Macieja to 300 tysięcy złotych... niektórzy to mają auta o tej wartości, a ceną tego jest jego życie...  

Pomyślałam... mnie nie trzeba o nic prosić, i oznajmiłam:
KINGA, ORGANIZUJEMY KONCERT CHARYTATYWNY
(o tym wydarzeniu będę pisać na świeżo na facebooku, w tej chwili poznajcie Macieja) 

________________________________________________________
POZNAJCIE MACIEJA JEGO OCZAMI: 

Cześć. Mam na imię Maciek. Mam 22 lata, jestem studentem. Na ścianie mojego pokoju wisi zegar i tyka. Tik, tok, tik, tok. Ale przecież to nic nowego, każdy z Was mógłby napisać to o sobie. Mam na imię ‚…’. Mam ‚…’ lat. Jestem ‚…’. No i każdy z Was ma zegar. A teraz dopiszcie – mam raka.

Strach? Niedowierzanie? Ale przecież ja jestem jeszcze młody, mam przed sobą całe życie. Przecież ten zegar wciąż tyka, jak to, może wkrótce przestać? Przecież chorują inni, są gdzieś za wysokim murem szpitala, są starzy, schorowani… Nie, to na pewno nie mogę być ja. Może palili papierosy, albo nie stronili od alkoholu.. albo biegali do solarium pięć razy na dzień.. albo.. albo.. Przecież ja nie jestem taki, nie mogę zachorować. Nie choruje się tak po prostu. Nie, gdy ma się 22 lata.

Wiecie, jakie to szczęście gdy budzicie się rano i wiecie, że macie przed sobą jeszcze tyle dni, miesięcy i lat… Że uderzenia waszego serca nie są jeszcze policzone i wcale nie musicie się tym martwić. Nic a nic. Nawet nie wiecie jak Wam zazdroszczę. Ja również byłem jednym z Was. Aż złapało mnie przeziębienie. To był grudzień 2012, zimno. Nic wielkiego, myślałem, pewnie przeziębiłem się, gdy biegałem wieczorem. Lubię biegać. Psia krew, następnym razem założę cieplejszą bluzę. Basia znów będzie narzekać, że ciągle się przeziębiam i pewnie o siebie nie dbam. Mówiłem Wam o Basi? Basia to moja dziewczyna, przepiękna dziewczyna. Koledzy ciągle mi jej zazdroszczą, ale wiecie, nigdy jej nie oddam i będzie przy mnie najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ma taki piękny uśmiech i błyszczące oczy.. I włosy, takie długie i kruczoczarne. Czasami wieczorami myślę sobie, że straszny ze mnie szczęściarz. Mam rodzinę, która mnie wspiera, Basię, z którą planuję wspólną i długą przyszłość, studiuję Elektronikę i Telekomunikację na AGH, a po studiach znajdę dobrą pracę i założę rodzinę. To taki przyszłościowy kierunek, tak mówią. Ale wiecie, choroba sprawia, że słowo ‚przyszłość’ nabiera innego znaczenia. Nie ważne jaka będzie, ważne, żeby w ogóle była…

Kolejne przeziębienie. To pewnie po ostatniej wycieczce w górach. Który to już raz tej zimy? A tym razem założyłem ciepłą kurtkę, to naprawdę nie moja wina, przyrzekam. Może powinienem iść do lekarza? Ale przecież to zwykłe przeziębienie, przejdzie od herbaty z miodem i cytryną. Też bywacie przeziębieni, prawda? W nocy budzi mnie ból w klatce piersiowej. Raz, drugi, trzeci. Jutro mam kolokwium, a to znowu boli. Przestałoby już, muszę wstawać na uczelnię.. Może faktycznie, wybiorę się do lekarza. Przepisze tabletki i przejdzie. Przecież zawsze choroby przechodzą od tabletek, to na pewno jakieś zapalenie.. oskrzeli może, czy coś. Już prawie piąta, Basia pewnie śpi. Ciekawe, o czym śni. Może o naszej kolejnej wyprawie w Tatry, albo o małym domu z ogródkiem.. Ciekawe, czy wolałaby mieszkać w Krakowie, czy u nas, w górach. Zapytam ją może dziś.. Tylko gdyby.. przestało teraz boleć…..

Idę do lekarza. Pierwszego, drugiego, trzeciego. Przepisują antybiotyki, suplementy.. Biorę wedle zaleceń. Nie pomagają. I nadchodzi taki dzień, gdy zmienia się wszystko. Gdy przestaję być taki, jak Wy i staję się tacy jak Ci za wysokim szpitalnym murem. Taki zwykły dzień na uczelni. Rano znów zaspałem, autobus stał na złość w krakowskich korkach, a na kolokwium prawie się nie nauczyłem. W każdym razie, nic nowego. Tik… tok… tik… tok… Czas na wykładzie dłuży się niemiłosiernie. Może pouczę się w przerwie między zajęciami. A, miałem odebrać wyniki prześwietlenia klatki piersiowej ze szpitala. Nauka, wyniki, nauka, wyniki… Dobra, idę po nie, nie ma spiny, są drugie terminy. Jak się pospieszę, to może nawet zdążę na kolokwium..

Ląduję w szpitalu ze stertą notatek. Fizyka, obwody prądu. Wiele mądrych rzeczy, ale lepiej o nich nie wiedzieć, jeśli chce się zaznać szczęścia w młodości. Są wyniki, lekarz jakiś taki poważny. Też stał rano w korkach, czy co? Tik, tok, tik, tok, zegar na ścianie w gabinecie tyka miarowo, zerkam na niego nerwowo. Nie cierpię się śpieszyć. Chłoniak Hodkinga. Diagnoza. Rak. Jak to, rak. Co Pan, zwariował. Jestem młody, jeżdżę na snowboardzie, a właściwie to się śpieszę i zaraz muszę wracać na zajęcia. Mam kolokwium. Nowotwór. Kolokwium, uczelnia, student, nowotwór. Pasuje to Panu? Nie, Pan naprawdę zwariował. Jak to, ja? Może doktor pomylił badania. Na pewno, widziałem bałagan na biurku. Nie słyszy Pan, mam 22 lata. Ciągle ćwiczę, zdrowo się odżywiam, studiuję.. Jaki rak? Onkologia, że co, proszę? Chłoniak Hodkinga, mało znany. 2-3 zachorowania na 1000 chorych. Brak przyczyn. Niezależny od trybu życia. Po prostu Pan jest chory i już. Powoli wracam do rzeczywistości, widzę biurko, lekarza, białe ściany. Tak, już słyszę. 90 % wyleczalności? Łapię się tej liczby kurczowo i trzymam przez całą chorobę. Nie puszczę jej.

Tik, tok, tik, tok, zegar przyspiesza. Życie nie toczy się już leniwie, jak każdego z Was. Pochłaniam internet, szukam chorych, takich jak ja. Próbuję przedrzeć się przez gąszcz medycznych zawiłości, metod leczenia, rokowań, znanych przypadków wyleczenia. Unikam słowa ‚rak’. To brzmi jak wyrok, bez przyszłości. Ale przecież mi się uda, mam 90% szans. To matematycznie dużo. Zawsze lubiłem matematykę. Ale i na uczelni bywam rzadziej. Krakowskie korki widuję z okna szpitala. Świat ludzi, którzy codziennie rano budzą się, idą do pracy, biegają w parku, wychodzą z psem wydaje się odległy. Kolejna chemia. Czuję się coraz gorzej, ale staram się walczyć. Dla Basi, dla taty, dla przyjaciół. Dobrze, że są. Basia chciałaby mieszkać w górach.. Siedzi przy szpitalnym łóżku i opowiada jak najęta. Mówi coś o uczelni, że wszyscy czekają, aż wyzdrowieję. Uśmiecha się. Ma takie ładne małe dołeczki w policzkach, gdy się śmieje. Ciekawe, jak będą wyglądać za 30 lat… Tik, tok, tik, tok, nasz wspólny zegar tyka. Przyszłość, wiara, nadzieja, słowa klucze. I kolejna chemia. Leczenie odbiera mi młodość. Przewartościowuje. Przechodzę łącznie 12 cykli chemioterapii – 4 cykle chemioterapii escBEACOPP, 4 cykle chemioterapii ABVD, 1 cykl chemioterapii mobilizującej ESHAP, 2 cykle chemioterapii Gemcytabina, 1 cykl chemioterapii Gemcytabina + Bendamustyna. Trudno brzmiące nazwy stają się dla mnie jak alfabet. Alfabet nadziei. Alfabet moich dziewięćdziesięciu procent wyleczalności.

Alfabet sypie się, czegoś zabrakło. Leczenie okazuje się nieskuteczne. Sto procent odjąć dziewięćdziesiąt.. To jest dziesięć. Dziesięć, głupie dziesięć. Pytam lekarzy, co dalej. Niepewni, nie chcą dawać niepotrzebnych nadziei, wahają się.. Jak to, już nic? Niech oni coś powiedzą, cokolwiek.. Tik.. tok.. tik… tok…W końcu, któryś mówi. Uff, nie jest tak źle. Oddycham głęboko i słucham. Ostatnią szansą jest podanie leku Adcetis. Ma on doprowadzić do remisji choroby (okres, w którym choroba ‚ucichnie’, nie będzie dawać objawów), by przeprowadzić przeszczep szpiku od któregoś z moich braci. Uff, więc jednak. Nie wszystko stracone. Uśmiecham się mimowolnie. No, to damy radę. Teraz już musi się udać. Chęci braci, są. Zgodność tkankowa, jest. Nadzieja, ogromna. 10 procent otrzymało dodatkowe zero i zmieniło się na 100. To kiedy ten przeszczep? Znowu lekarze jacyś niepewni. Łóżek im brakuje, czy co? To ja sobie dostawię, może być i na korytarzu. Tylko niech o mnie walczą, niech mi pomogą. Pojawia się nowe słowo-klucz ‚NIEREFUNDOWANY’.

Jak to, NFZ nie płaci? Cała zachodnia Europa tak się leczy, a u nas? Skazują nas na śmierć? W Polsce zapadła decyzja o braku refundacji dla tego leku. Kto podejmował decyzję? Dlaczego? Nikt nie odpowiada. Cisza. Tik, tok, tik, tok. Adcertris, tylko dla wybranych. Życie dla bogatych. A dla mnie? Pytam – ile. Ile może być warte moje życie.. Głupie pytanie, mówią że bezcenne. Bzdura. 300 tysięcy. Dla niektórych jeden z samochodów w garażu, dla mnie całe życie. I Basia, i rodzice, i studia, i dom z ogródkiem. Tyle warte.

Nie mam tych pieniędzy i nie wiem skąd je zdobyć.

Tik, tok, tik, tok, tik, tok.. Ten zegar jeszcze nigdy nie tykał tak szybko. Mój zegar. Pomóżcie mi go zatrzymać.

______________________________________________________________
I teraz zastanówcie się... my przejmujemy się tym, że nie wiemy co jutro ubrać, że na dyskotece chłopak nie chce podejść by z Tobą zatańczyć, użalamy się nad sobą bo czasem nie wychodzi tak jak byśmy tego chcieli. Pomyślcie... jakie mamy wszyscy egoistyczne podejście do życia. A gdyby ktoś nam powiedział- to jest Twój ostatni dzień życia, ponieważ jutro auto Cie potrąci. Obudzilibyśmy się z monotonnego snu... Pewnie pierwsze poczujemy strach, ale później stwierdzimy aby ten dzień wykorzystać jak najlepiej. Wśród rodziny, smakować rzeczy których normalnie byśmy się nie podjęli, ryzykować... Tak właśnie powinno wyglądać nasze życie codziennie. Nie mysleć o tym co jutro się wydarzy, ale cieszyć się dzisiejszym dniem... Wyciskać jak cytrynkę z życia ile się da! 

Pomóc Maćkowi możecie poprzez:
  • Wpłatę na konto Fundacji Urszuli Smok „Podaruj Życie” nr konta bankowego: 07 1750 0012 0000 0000 2316 1346 z dopiskiem „dla Macieja Kuspera”.
  • Wpłatę na konto Fundacji im. Adama Worwy nr konta bankowego: 53 1240 1574 1111 0010 3480 6570 z dopiskiem „dla Macieja Kuspera”.
  • Udostępnienie ulotki (duży format).
Wpłacone środki zostaną przeznaczone na finansowanie Maćka leczenia.




wtorek, 29 kwietnia 2014

Każdy popełnia błędy


Łatwo zapominamy o naszych błędach, kiedy tylko my sami o nich wiemy

Czy jeden błąd popełniony w przeszłości, spowoduje podsumowujące zdanie na Twój temat do końca życia? Czy mamy wypisane na czole nasze wady? Przecież każdy zalicza potknięcia, nikt nie jest idealny... A gdyby tak było, wyobraźcie sobie jaki byłby świat nudny. Ale czy ta jedna pomyłka, którą niegdyś popełniliśmy, jest wizytówką naszej osoby? Nie... dlaczego? Ponieważ człowiek uczy się na własnych błędach... ale nie próbujmy tworzyć z nich podręcznika... One bolą, ale tylko popełniając je możemy dowiedzieć się kim naprawdę jesteśmy.

Zastanówmy się... Czy mamy prawo mówić na dziewczynę, która w młodym wieku zaszła w ciąże że jest dziwką? Oczywiście że odpowiedź brzmi: nie. Ale nie czarujmy się, to najczęściej wypływa z ludzkich ust... 

To Ona zaszła w ciąże i to Ona urodzi dziecko, wychowa je, będzie co godzinę wstawać w nocy aby nakarmić i przewinąć. Gdy inni będą szykować się na imprezę, Ona będzie nalewała do wanienki wodę aby wykąpać malucha. Oraz będzie zmuszona dorosnąć, w momencie gdy Ty będziesz dalej nastolatkiem z błahymi zmartwieniami.  

Sama sobie odebrała młodość, którą mogła inaczej wykorzystać. Ale dodam, że w tej chwili gdy spotykam młode Matki, widzę ich błysk w oku i dumę ze swoich pociech. Wiem, że jest to najlepszy "błąd" popełniony w ich życiu. I każda łza, każda urwana noc jest tego warta. 

Absolutnie nie chcę Was namawiać do zachodzenia w stan błogosławiony :) Chodzi o to, że ludzie widząc w tej chwili taką dziewczynę z kilkuletnim dzieckiem, będą tylko pamiętać jej wiek w momencie gdy zaszła w ciążę. I to im wystarczy aby podsumować ją i określić mianem "puszczalskiej". To ciągłe stereotypowe myślenie ludzi po prostu staje się żenujące. A wszystko jest wynikiem tego, że nikt nie potrafi interesować się własnym życiem tylko pcha nos tam gdzie nie trzeba. Trzymam się zdania "nie mów jak mam żyć, bo i tak za mnie nie umrzesz" 

Do czego dążę... każdy w przeszłości (i codziennie) popełnia błędy. I przychodzi taki czas, gdy sumienie dotyka i po prostu jest nam wstyd za to co robiliśmy i jacy byliśmy. Porażka jest jedynie szansą na to, aby zacząć jeszcze raz - inteligentniej. I jeżeli nie przyznasz się do błędu to popełniasz błąd drugi.

Korzystniej dawać przykład z własnego przeżytego życia. Nie chcę aby to zabrzmiał jako wylew żalu. Lepiej wypominać samemu sobie porażki, niż kogoś... We wcześniejszych notkach wspominałam że niegdyś byłam dość nieprzyjemną osobą. Arogancką, pyskatą i na ogół ludzie unikali mnie za mój paskudny lekceważący charakter. Przyznam się że jak to wspominam, czuje się zażenowana... Ale pewnego razu życie kopnęło mnie w tyłek, i otwarło oczy które były zamglone przez to całe dziadostwo którym się otaczałam... I ta właśnie sytuacja nauczyła mnie cierpieć, płakać i żałować za wyrządzoną sobie i innym krzywdę. Słowa czasem bardziej ranią nić czyny... 

Wracając do rzeczywistości, w chwili obecnej gdy przechadzam się przez miejscowość w której mieszkam, nadal czuję na sobie przykry widok osób które zapamiętali mnie taką jaką byłam. Wytykają palcem błędy i w bolesny sposób przypominają stare lata. 

Ostatnio siedząc ze znajomymi, kolega mnie zapytał: "Julia, czy ty wiesz że ludzie w Jabłonce źle o Tobie mówią?". Bardzo zdziwiłam się, że poruszył ten temat. Odpowiedziałam, że zdaję sobie z tego sprawę że nie każdy mnie lubi i ja to w pewien sposób szanuję gdyż nie chcę udowadniać nikomu na siłę kim jestem w chwili obecnej. Co prawda przykro mi było, ale dopowiedział: " Julia, pamiętaj... ważne jest to, kto naprawdę Cię zna. A nie ten, który "coś tam" o Tobie usłyszał" 

W tym poście, chciałam poruszyć temat wytykania cudzych błędów nie zważając na swoje. Łatwo o kimś się mówi, gorzej samemu przyznać się do porażki. Nie oceniajmy ludzi, po tym jakie potknięcia mieli w swoim życiu. Każdy człowiek się zmienia. Jeżeli tylko Nas kiedykolwiek dotknie sumienie, potrafimy o 180 stopni obrócić swoje życie, aby zacząć je na nowo. Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest totalna, liczy się tylko odwaga. Żałujmy za swoje błędy, ale nie poddawajmy się. Bądźmy silni i zmieniajmy się na lepsze. 

Czasem trzeba się przewrócić, by się nawrócić. 

Julia

wtorek, 15 kwietnia 2014

Szukajmy szczęścia w zwykłych momentach



Jedyną drogą jest ciągłe podnoszenie poprzeczki, jedyną miarą sukcesu jest wysiłek jak włożyliśmy, aby go osiągnąć. 

Za każdym razem gdy piszę post, staram się aby był wyjątkowy. Nie chciałabym sytuacji takiej, że pewnego razu usiądę a w mojej głowie nastanie pustka - ponieważ wyczerpałam limit tematów które chciałam poruszyć, albo straciłam całkowitą kontrolę nad tym co piszę.

Lubię osoby nieidealne, które mają rysę na sercu i historię wypisaną w oczach. Sama taka jestem... Jeżeli komuś się wydaję że moje życie jest idealne- to jest w błędzie... w bardzo dużym błędzie.

Nigdy nie byłam rozpieszczana- wiadomo jako najmłodszy w rodzinie, na tle mojego rodzeństwa można powiedzieć że miałam jakieś taryfy ulgowe. Ale porównując się do moich rówieśników, byłam na krótkiej smyczy trzymana i surową ręką wychowana :) Absolutnie nie mówię tego w negatywnym znaczeniu! Co prawda w mojej rodzinie nigdy nie brakowało na przysłowiowy 'chleb'. Lecz uświadamiali mnie, że jednak inni nie mają tak dobrze i należy szanować wszystko co się otrzymało- bez względu na to czy nam się podoba czy też nie. Nauczyli mnie, że jeżeli chcę coś dostać- muszę na to zapracować. Co prawda były to drobne roboty koło domu typu: plewienie ogródka, koszenie trawnika, noszenie drewna do kotłowni itd. - rodzice doceniali to że naprawdę mi zależy. Pamiętam jak dziś, do 18 roku życia musiałam się stawiać w domu najpóźniej o 22:00. Słuchajcie, jakie bajki potrafiłam wymyślić Mamie w sms'ie abym mogła przedłużyć czas, ale ZAWSZE dostawałam zwrotną wiadomość "Masz 5 minut" - nie wyobrażacie sobie jakie to było motywujące. Dystans 2 km potrafiłam pokonać niczym najlepszy światowy biegacz ;)

Wracając do tego o czym chciałam Wam napisać. Niesamowicie inspirują mnie ludzie, którzy pomimo wiatru w oczy- potrafią udowadnić samemu sobie o swojej wytrwałości. Wraz ze zmianą szkoły, poznałam wspaniałych ludzi którzy nie są ani piosenkarzami, ani blogerami, ani przedstawicielami fundacji charytatywnych. Są po prostu (nie)zwykłymi ludźmi  - a w moich oczach bohaterami- BOHATERAMI SWOJEGO ŻYCIA.

Ileż trzeba mieć odwagi aby odejść z rodzinnego domu w której trwała patologia. Zza dnia chodzić do szkoły, a po nocach pracować. Mieszkać w kawalerce, płacić cholernie drogie rachunki i dodatkowo posyłać pieniądze swojej Mamie aby miała się z czego utrzymać. Lub od dziecka opiekować się swoją niepełnosprawną siostrzyczką. Codziennie z nią ćwiczyć, podawać lekarstwa  i aby mieć jeszcze większe doświadczenie, iść na studia ratownictwa medycznego- by ratować nie tylko życie bliskich, ale każdego człowieka. Albo mieć 70 lat,  marną emeryturę. I zamiast siedzieć i wygrzewać się w fotelu przed telewizorem, iść do pracy aby rozdawać ulotki gdyż potrzeba pieniędzy na opłacenie leczenia swojej żony.
(Każda z historii jest autentyczna)

Dla mnie tacy ludzie są ogromnymi autorytetami! Ponieważ, walczą z przeciwnościami losu które przynosi Nam życie. Nie oczekują oklasków za to co zrobią, albowiem chcą poczuć bezpieczeństwo i ulgę.

Sama widzę po sobie jak podobne zdarzenia zmieniają człowieka. Gdy dzisiaj patrzę na moją siostrę, jestem z niej dumna że nigdy nie poddała się i wierzy w to że kiedyś wszystko się ułoży. Córka Ani (mojej siostry) jest bardzo ciężko chora. Wszystko poświęciła dla niej- pracę, zdrowie, dom, pieniądze. Można powiedzieć że zwariowała. Ale te wymienione rzeczy są wręcz niczym, w porównaniu ze zdrowiem i szczęściem własnego dziecka.

Kończąc, chciałabym abyście się zastanowili czy jesteście zadowoleni ze swojego życia. Jeżeli nie, to odnajdźcie w sobie te malutkie dobre rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliście. Macie rodziców, którzy obdarowywują Was miłością i opieką. Macie dom - czyli bezpieczeństwo. Oraz macie wcześniej wspomniany chleb, którym zaspokajacie głód - CZYLI MACIE WSZYSTKO CO JEST POTRZEBNE DO SZCZĘŚCIA.  Doceniajmy i cieszmy się z rzeczy które przyniesie nam los. Te 3 historie mogły dotknąć każdego z Nas. Ale gdy coś takiego nadejdzie - NIE PODDAWAJMY SIĘ!  Ponieważ nic tak bardzo nie satysfakcjonuje jak własny sukces szczęścia. Wyszukujmy w sobie pasje, która pozwoli kreować Nasze poczucie wartości. Bez względu na to, co się stało, nie wolno unikać i omijać rzeczywistości. Jeżeli popełniamy błędy, wyciągajmy z nich wnioski abyśmy nie byli skazani na ich powtarzanie. Żałuje się wyłącznie bezczynności, wahania i niezdecydowania. 

Pamiętajcie- więcej osiągniesz uśmiechem niż wyrąbiesz mieczem :) 

Wasza Jula  
(przepraszam że tak długo musieliście czekać na nowy wpis)


poniedziałek, 24 marca 2014

Marzenia są po to aby je spełniać


"Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki!"

Zastanawiałam się co dzisiaj opisać Wam w poście. Nie chce by to co piszę, było błahe i informowało co danego dnia robiłam, co jadłam i ile się namarudziłam. Szczerze? Nawet mi,  takich wypocin by się nie chciało czytać.

Postawiłam dziś na: MARZENIE!

Co to takiego jest naprawdę słowo MARZENIE? Czy My umiemy to zdefiniować?
Albo inaczej- czy jesteśmy na tyle określeni że, potrafimy bez zastanowienia powiedzieć- co jest Naszym marzeniem?

Pisząc te dwa zdania, zatrzymałam się na 10 minut i pomyślałam: Boże nawet ja nie wiem co bym chciała od życia. Jest tego tak dużo, że nie potrafiłabym wyszczególnić tego jednego najważniejszego.

Zawsze chciałam mieć kolczyk- to go zrobiłam. Pragnęłam zobaczyć Anglię- zobaczyłam. Myślałam nad ścięciem włosów i wystylizowanie na Pink- zrobiłam to.

Każdy wyznacza w swoim życiu cele, które prędzej przy później je zrobi. Walczymy ze strachem, fobiami i tym 'Co Mama powie?'.

Pamiętam jak marzyłam o tym aby, poczuć się jak w filmie i uciec z domu. Myslicie że to robiłam? No pewnie że tak. Pojechałam do miasta, wyłączyłam telefon. Wróciłam ostatnim busem, a następnie włóczyłam się po Jabłonce tak długo aż mi się zimno zrobiło. Wróciłam do domu i wiecie co? Dostałam takie lanie że, nigdy tego wyskoku po raz drugi nie powtórzyłam :) Tyle było z mojej frajdy!

Albo jak marzyłam o kolczyku w wardze. Pojechałam nieletnia do znajomego piercera, zrobił mi kolczyk. Dumnie prezentowałam go przez godzinę, do póki mi nie spuchł jak po użądleniu osy! Wróciłam do domu, od razu migiem przed Mama uciekłam do pokoju. Na drugi dzień dalej się kryłam, i gdy rozmawiałam z rodziną to tylko byłam odwrócona prawym profilem (tak Julia głąb...) No ale w końcu zapomniałam się, i gdy moja moja kochana rodzicielka zorientowała się- skomentowała: Zobaczymy co Ojciec powie...  Na szczęście rodziców mam bardzo wyrozumiałych jeżeli chodzi o mój wizerunek (I CHWAŁA IM ZA TO) co Oni przeszli ze mną, to nie jeden rodzic wyrywałby sobie włosy z nerwów :)

Kończąc moje żenujące anegdoty i wracając do tematu.
Pewnie nie raz leżeliście brzuszkiem do góry, i rozmyślaliście nad swoją przyszłością. Co byście chcieli, co tak naprawdę życie Wam podaruję?

Gdy wyszłam z gimnazjum - mojego bardzo ciężkiego etapu życiowego, oraz po tym jak przeżyłam poważny wypadek samochodowy (wcześniejsze posty). Byłam najbardziej zagubionym człowiekiem. Nie wiedziałam kompletnie co z sobą zrobić. Nie myślałam o przyszłości, byłam rozbita na tysiąc kawałków. Dopiero po zmianie szkoły średniej moje życie odrodziło się jak feniks z popiołu.

Zaczęłam widzieć barwy oraz uśmiechy ludzi których wcześniej nie dostrzegałam. Pomyślałam- Julia weź się w garść! Pokaż światu na ile Cię stać! Zaryzykowałam... jako 18latka podjęłam się pracy u mojej przyjaciółki. Jestem asystentką projektantki mody. W ciągu roku, normalnie uczęszczałam do szkoły- uczyłam się po nocach nawet do 3 nad ranem aby nadrabiać zaległości które traciłam na wyjazdach. Jakich? Z pracy. Jeździłam na targi mody, pokazy, festiwale. Dużo pracy wkładałam w to. Obserwowałam, uczyłam się. Starałam się na wszelaki sposób zarabiać pieniadzę, gdyż wyjazdy musiałam sobie opłacać- a nie były to tanie "wycieczki". Jako uczennica, nie wiele mogłam zdziałać. Więc mocno oszczędzałam. Potrafiłam przez kilka miesięcy nic nie kupować, dorabiałam to tu to tam... Dzięki tym wyjazdom na których się szkoliłam poczułam zastrzyk energii, i zrozumiałam że to jest właśnie MOJE MARZENIE!

Marzeniem było aby siebie uszczęśliwiać! Aby robić to co się kocha! 

Nigdy nie spodziwałam się, że dawanie tyle od siebie może sprawiać tak ogromną radość! Po pokazach potrafiłam przychodzić totalnie nie przytomna. Wlekłam się po schodach hotelu, z ledwo otwartymi oczami. A gdy kładłam się do łóżka, zasypiałam z uśmiechem. Jestem bardzo dumna z siebie- i to nie jest powiew egoizmu. Jestem dumna z siebie dlatego że przezwyciężyłam swoje słabości. Zawsze było: potem, zaraz. Aż w końcu tupnęłam nogą i zdecydowałam sie zmobilizować do pracy.

Przez okrągły rok szkoliłam się, kształciłam jak wszystko jest robione 'od kuchni'. Jeździłam na wcześniej wspomniane Targi do Poznania. Następnie Katowice i znany Nam 'Modny Śląsk'. Bardzo ciężko pracowałam przy autorskim projekcie mojej szefowej - pierwszy pokaz na wodzie 'Polki Folki IV' kilka miesięcy roboty bardzo się opłaciła. Latem zawitałyśmy nad polskie morzem, gdzie wraz z ekipą Folk Design miałam okazję współpracować z zespołem Enej na Sopot Top Trendy, później Gala Miss Polski i tak dalej i tak dalej...

Rok miałam niesamowicie pracowity. Uczyłam się u najlepszych, aż sama zadecydowałam że na własną rękę chcę również działać. Rzuciłam się na głęboką wodę, ale powiedziałam sobie: Do odważnych świat należy!!! Moim zamiłowaniem jest moda i stylizowanie- w tym kierunku podążyłam.

Ciężką pracą i upartym charakterem udało mi się nawiązać współpracę w uczestnikami The Voice Of Poland, zwycięzcami Must Be The Music, sportowcami, artystami, muzykami. Wiele moich stylizacji można było zobaczyć w telewizji. Pracuję z wspaniałymi markami odzieżowymi. Ktoś powie- Phi wielkie mi coś. Być może dla kogoś to jest totalnie bez znaczenia błahostka, natomiast dla mnie to jest ogromny sukces. Sukces który sama sobie na niego zapracowałam. Nikt mi nic nie wyłożył na tacę.

I mogę to tylko powiedzieć - MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ!

Ten post nie jest o chwaleniu się moimi nie dużymi sukcesami. Ale udowodnienie Wam, że nawet mały człowiek ze wsi potrafi coś osiągnąć. Należy tylko mocno stąpać po ziemi i brnąć pod prąd. Jak ludzie mówią: odpuść i tak nie ma sensu- odpowiadaj: NIE? NO TO PATRZ !! Każdy ma prawo do marzeń, a przede wszystkim do ich spełniania! Róbmy to co kochamy, co Nam sprawia radość. Pokazujmy światu swoje talenty, a z pewnością prędzej czy później ktoś to zauważy, doceni i weźmie pod swoje skrzydła.

Pytacie się mnie często czy mam teraz łatwiej. Nie będę Was okłamywać... jest o wiele trudniej. Ludzie plują mi w twarz i rzucają kłody pod nogi. Starają się uprzykrzyć mi życie na wszystkie sposoby. Nie ukrywam, na początku było bardzo ciężko to przyjąć. Lecz z każdym dniem, te wyzwiska mnie budowały. Łapałam coraz większą motywację, aby udowodnić może nie innym, ale przede wszystkim sobie ŻE DAM RADĘ! Na maila dostaje cudowne wiadomości od moich czytelników które sprawiają że rosnę w siły. I robię to również dla Was !!!!


Chcę podziękować moim rodzicom za to jaką mnie wychowali. Wiem, że jestem bardzo trudnym dzieckiem. Sprzeciwiam się i czasem udaję mądrzejszą. Ale to właśnie Wy daliście mi największe wsparcie. Przeszliście ze mną ciężkie 20 lat, i mam nadzieję że kiedyś uda mi się to Wam wynagrodzić! Dziękuję mojemu rodzeństwu: Sławkowi który sadzi mi kopniaki abym pilnie się uczyła, i nie zaniedbała szkołę. Anii która pokazała mi piękno świata w odnajdywaniu w sobie pasji. Która jako pierwsza okrzyknęła się moją największą fanką i wiem że nadal mocno mnie wpiera w tym co robię. Oraz Dziękuję moim przyjaciołom. Za cierpliwość, za to że umiecie wysłuchać moich paplanin. Za to że nastawiacie mi rękaw abym otarła łzy. I za to że mocno mnie dopingujecie w tym co robię! Oraz Dziękuję moim Maluszkom - czytelnikom. Którzy za każdym razem są przy mnie, na dobre i złe. Wspierają mocno i nie dają się mi poddać! KOCHAM WAS!



Na końcu chciałabym Pozdrowić mojego Drogiego kolegę Kospera. Który tak jak ja, ciężko walczył o swoje marzenia i w tej chwili jest bardzo cenionym vlogerem. Ślę mocne całusy dla Ciebie!!